wtorek, 26 sierpnia 2014

The little bear and a fiery sunset

DAY 11, PART: 2/2: Albania
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures


Il. 1 Little bear seen in Durres



We leave Berat and drive to Durrës, the second largest city in Albania (in the years 1913 to 1920 it was the capital of Albania), which offers to visitors the warm Adriatic sea and fine sand. Because the high season and crowds of people, is not something we particularly are looking for, we decide to spend here just as much time as necessary. Looking for a supermarket, we pass the bear on a leash (?!), which arouses both enchantment and compassion (Fig. 1, but have not managed to take pictures).

Opuszczamy Berat i zmierzamy do Durrës, drugiego co to wielkości miasta w Albanii (w latach 1913-1920 było stolicą), które oferuje turystom ciepłe adriatyckie morze i drobny piasek. Ponieważ pełnia sezonu i tłumy ludzi, to nie jest coś, czego szczególnie poszukujemy podczas wyjazdu, postanawiamy spędzić w mieście tylko tyle czasu ile to konieczne. Szukając supermarketu, mijamy prowadzonego na sznurku niedźwiadka, który wzbudza w nas zarówno zachwyt jak i współczucie (il. 1, niestety nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia).


Il. 2-3 Remains of fortifications




Part of the team goes out to explore the remains of fortifications built at the turn of 5th and 6th century byy the Byzantine Emperor Anastasius I (il. 2-3), and the Roman amphitheater (the largest in the balkans) from the beginning of the 2nd century. The rest of the team, unfortunately, forced to official duties, is looking for a cafe with internet access (in Durrës, fortunately, is not that hard to find) to fulfills their employee duties.

For a night we are looking for less tourist and crowded location. Using the backroads we pulled up on the beach far away from any buildings.  It almost completely deserted with the advent of dusk. Today we sleep under the open sky with the light of stars, lulled to sleep by the sounds of waves.


Część ekipy udaje się na zwiedzanie pozostałości murów obronnych wybudowanych na przełomie V i VI w. przez cesarza bizantyjskiego Anastazjusza I (il 2-3) oraz rzymski amfiteatr (największy na bałkanach) z początku II wieku. Reszta drużyny niestety naglona obowiązkami służbowymi, poszukuje kawiarni z dostępem do internetu (w Durrës na szczęście nie jest to takie trudne) i wypełnia swoje pracownicze powinności.

Na nocleg szukamy mniej turystycznego i tłocznego miejsca. Bocznymi drogami zajeżdżamy nad oddaloną od zabudowań plażę, która wraz z nastaniem zmierzchu niemal całkowicie pustoszeje. Dzisiaj śpimy pod gołym niebiem, przy blasku gwiazd, kołysani do snu szumem morskich fal.


Il. 10 Bay over which we spent the night



Il. 11 Sunset


The city of a thousand windows

DAY 11, PART: 1/2: Albania
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures

Il. 1 Sunrise!




Finally we get on the right road (partially covered with asphalt!) to Berat - the city of a thousand windows (il. 2). Why a thousand? There used to be much less, and now, as in any burgeoning city the number of windows is still growing. Situated on a steep slope below the citadel, the houses of the old town (placed on UNESCO list), one over the other, give the impression as looking at traveler (especially wen you stand on the opposite bank of the river) by its bustling eyes / windows. By day, reflections of the sun are dancing on glazing, at dusk begun the game of lights inside houses lights.

Przebijamy się w końcu na właściwą drogę (miejscami asfaltową!) prowadzącą do Beratu - miasta tysiąca okien (il. 2). Dlaczego tysiąca? Niegdyś było ich znacznie mniej, a obecnie, jak w każdym rozrastającym się mieście wciąż ich przybywa. Usytuowane na stromym zboczu poniżej cytadeli, domy starego miasta (wpisane na listę UNESCO), wyglądające jeden ponad drugim, sprawiają wrażenie jakby patrzyły na podróżnego (szczególnie, gdy stoi się na przeciwległym brzegu rzeki) swymi ruchliwymi oczami/oknami. Za dnia po wprawionych w nie szybach tańczą refleksy odbiającego sie słońca, po zmierzchu rozpoczyna się gra zapalanych we wnętrzach domów świateł.

Il. 2 The thousand windows - eyes of Berat haouses



The first mention of this fascinating city already appear in the sixth century BC. Initially, it was a small settlement, later transformed into a fortress (Citadel built there by the Illyrian tribe in the fourth century BC, in the second century BC it was took over, strengthened and expanded by the Romans), and finally into a city with a turbulent history. The original building has survived even though the authorities of the lands has changing many times. For a time, it was ruled by Bulgarians, who called it Beligrad (White City), later it was take over by the ruler of Epirus, then the kingdom of Serbia, after that it was the capital of the Albanian principalities Muzaka family, passed through the hands of the Turks (Arnavud Belgrade - Albanian Belgrade) to come back again in the possession of the Albanians.

Pierwsze wzmianki o tym fascynującym mieście pojawiają się już w VI w p.n.e. Początkowo jest to niewielka osada, przekształcona później w twierdzę (Cytadelę zbudowało tam Iliryjskie plemię Dasaretów w IV w p.n.e, a w II w p.n.e. przejęli, umocnili i rozbudowali ją Rzymianie), a następnie w miasto o burzliwych losach. Oryginalna zabudowa przetrwała mimo, że zmieniali się władcy ziem, na których zostało wzniesione. Przez jakiś czas władali nim Bułgarzy zwąc je Beligradem (Białym Miastem), później przejął je władca Epiru, następnie królestwo Serbii, zostało stolicą albańskiego księstwa rodu Muzaka, przeszło przez ręce Turków (Arnavud Belgrad – Belgrad Albański), by znów wrócić w posiadanie Albańczyków.


Il. 3-4 The citadel





Meanwhile, we climbed the citadel, an area which is till today inhabited. From a top we see a great view of the city and... two giants! And here is a story:
A long time ago, in what is now Albania, there lived two brothers giants: Tomorri and Shpirag. They lived together in unison, until it turned out that they both fell in love with the same girl. The dispute over her, they decided to settle by duel. Unfortunately is ended tragicaly for all three. The fight was long, bloody and balanced. After every blow, giants legs sank deeper and deeper into the earth. In the end, every of them received so many wound, that the spirit of the two bodies had fled. Desperate girl unable to control her sadness, sat between them crying until her tears formed a river (Osum), separating the two brothers bodies. However, it hasn't soothe her grief, and she died of exhaustion. Girls corpse has turned to stone creating a hill-foundation for the citadel, while the Tomorii (il. 5) and Shpirag (il. 6) bodies turned into great mountains surrounding Berat city.

My tymczasem wspięliśmy się na cytadelę, na obszarze której po dziś dzień mieści się zamieszkała część miasta. Rozpościera się stąd wspaniała panorama na miasto i... dwa olbrzymy! A było to tak:
Dawno, dawno temu, na obszarze dzisiejszej Albanii, żyło dwóch braci olbrzymów: Tomorri i Shpirag. Żyli ze sobą w zgodzie, do czasu, gdy okazało się, iż obaj pokochali tę samą dziewczynę. Spór o nią postanowili rozstrzygnąć poprzez pojedynek, które dla całej trójki zakończył się nieszczęśliwie. Walka była długa, krwawa i wyrównana. Po otrzymanym ciosie, nogi olbrzymów grzęzły coraz głębiej w ziemi. W końcu każdy z nich otrzymał tyle ran, że duch z obydwu ciał uleciał. Zrozpaczona dziewczyna nie mogąc pohamować swego żalu, usiadła między nimi płacząc tak długo, aż z jej łez utworzyła się rzeka (Osum), rozdzielająca ciała braci. Nie ukoiło to jednak jej smutku i w końcu z wycieńczenia zmarła. Drobne zwłoki dziewczyny skamieniały i stały się wzgórzem-fundamentem pod cytadelę, która dała początek późniejszemu miastu, zaś ciała Tomorii (il. 5) i Shpiraga (il. 6) przemieniły się w wielkie góry okalające dzisiejszy Berat.

Il. 5 Tommori Mountain



Il. 6 Shpirag Mountain



Il. 7 City view


Il. 8 Bridge over the river Osum




poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Our savior: the teenage mutant ninja turtle

DAY 10: Albania
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures


Il. 1 Rodeo in the trunk



Il. 2 Never ending road



And again shaking our asses through the mountains (Il. 1). Inadequate roads lead us straight to the mosque, but after about five-hour sightseeing in all the surrounding peaks and valleys, finally! We are able to go on the asphalt. It's just that not where we would like.

I znowu trzęsiawka przez góry (il. 1). Niewłaściwe drogi prowadzą nas prosto do meczetu, ale po ok. pięciogodzinnym zwiedzaniu wszystkich okolicznych szczytów i dolin, w końcu udaje nam się wyjechać na asfalt. Tyle, że nie tam, gdzie byśmy sobie tego życzyli. 


Il. 3-4 We are wandering here and there




Tired and hungry, we're trying to do some shopping (buy bread in rural shops it is not feasible, we advise you to bring your supplies from the nearest town) and eat something regional. We're hunting for a goat and in the "restaurant" we ger the goat. It's just that it's frozen to the bone, which infuriates Wojtek. It is worth to add, that the usual practices is to ordered the number of kilograms of meat, not  the number of servings. And we didn't know that. So we get for our group of six persons: 4 about 1 kilo chicken and 2 kilo of ice cream made of dismembered goat  (underage waiter who apparently was replacing his parents at work didn't know that it's not enough to throw for 10 minutes in the pan frozen meat, to make it suitable for consumption).

Zmęczeni i wygłodniali usiłujemy zrobić zakupy (nabycie chleba w wiejskich sklepikach okazuje się niewykonalne, radzimy zabrać ze sobą zapas z najbliższego miasta) i zjeść coś regionalnego. Polujemy na kozę i w "restauracji" kozę dostajemy. Tyle, że zmrożoną na kość, co doprowadza do furii Wojciecha. Warto dodać, że przyjętym zwyczajem kelnerowi podaje się ilość kilogramów zamawianego mięsa, nie zaś jak u nas przyjęte ilość porcji. Dostajemy zatem na naszą sześcioosobową grupę 4 kilogramowe kurczaki i 2 kilo poćwiartowanych lodów z kozy (nieletni kelner najwyraźniej zastępował rodziców w pracy i nie wiedział, że nie wystarczy zmrożonego na kość mięsa wrzucić na 10 minut na patelnię, aby nadawało się do spożycia).


Il. 5 Turtle would-be suicide



The fastest way to reach the right track is driving again through the mountains. This time we have more luck. Saving wild turtle from death under the wheels of our car (Il. 5), we meet a team raft, which points us in the right direction or driving. Very tired we pitched camp at the pass.

Na interesującą nas drogę najszybciej dotrzeć znowu jadąc przez góry. Tym razem mamy jednak więcej szczęścia. Ratując dzikiego żółwia przed kołami naszego samochodu (il. 5), spotykamy ekipę raftingową, która wskazuje nam względnie właściwy kierunek jazdy. Umęczeni rozbijamy obóz na przełęczy.


Il. 6-7 Vistas





niedziela, 24 sierpnia 2014

Stone shepherd

DAY 10: Albania
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures

Sunday began sluggishly. Frying on the sun loungers like a bacon and rinsing sweat in the lake, we have a vacation from vacation. Miss Susan over and over dive to disperse shoals of small fish. The noon is coming. Time to move on.

Niedziela zaczęła się leniwie. Mamy wakacje od wakacji. Smażymy się na leżakach niczym bekon na patelni, a pot spłukujemy w jeziorze. Panna Zuzanna raz po raz daje nura pod wodę rozpędzając ławice małych rybek. Zbliża się południe. Czas ruszać w drogę.



Il. 1-2 We enter the Albanian mountains






We drive south through the mountains. The roads and villages are not marked on the map. From time to time we pass a lumberjack or a shepherd. Time passes, and all crossroads looks alike. However, we persistently claim that we haven't lost. Oh no! We tell ourselves that we went somewhere else than we have originally planned deliberately, to get dirty in the mud (il. 4).


Kierujemy się na południe przez góry. Drogi nieoznaczone, wsi opisanych na mapie brak. Od czasu do czasu mijamy jakiegoś drwala lub pasterza. Czas płynie, a wszystkie skrzyżowania wyglądają jednakowo. My jednak uporczywie twierdzimy, że nie zabłądziliśmy. O nie! Wmawiamy sobie, że specjalnie pojechaliśmy nie tam, gdzie pierwotnie planowaliśmy, aby wreszcie zaliczyć jakieś błotko (il. 4 ).


Il. 3 Never ending road :)



Il. 4 Splash!



Because our map proved to be inaccurate, we have to ask shepherds for directions (including those who smell like smoked cheese). This time T. is assigned to talk with sitting by the road Albanian.  T. starts the conversation, as usual, very politely: "Excuse me, Mister, I have such a little question...", because of his myopia with the stone, which (according to T.) looks like a shepherd. Stone for unknown reasons, does not respond to provocations, remains silent and unmoved (maybe it was a troll, lost in his own thoughts, and that is why he didn't answer? We'll never know.). Few moments later, T. has located TRUE shepherd, who turns out to be far more helpful.

Another hour and another shepherd. This time our savior draws us a map... consisting of two vertical lines and one horizontal (il. 6). With a little imagination, it can be interpreted as the quipus (talking knots) reproduced on paper.

Ponieważ mapa, którą posiadamy okazała się niezbyt dokładna, a na naszym GPSie Albania jest w zasadzie białą plamą, musimy się ratować pytaniem o drogę napotkanych pasterzy (również takich, którzy pachną jak wędzony ser). Tym razem T. zostaje oddelegowany do rozmowy z siedzącym nieopodal drogi albańczykiem. Przez swoją nastręczającą problemów krótkowzroczność T. rozpoczyna konwersację, jak zwykle bardzo uprzejmie: "Przepraszam Szanownego Pana najmocniej, mam takie pytanko...", z kamieniem, który (wg T.) do złudzenia przypomina pasterza. Kamień z przyczyn nieznanych, nie reaguje na zaczepki, pozostaje niemy i niewzruszony (może to był kontemplujący troll i dlatego nie odpowiedział? Tego już nigdy się nie dowiemy.). Chwilę później zlokalizowany PRAWDZIWY pasterz, okazuje się zdecydowanie bardziej pomocny.

Kolejna godzina i kolejny pasterz. Tym razem nasz wybawca rysuje nam mapę... składającą się z dwóch kresek pionowych i jednej poziomej (il. 6). Przy odrobinie wyobraźni można ją zinterpretować jako kipu (pismo węzełkowe) odwzorowane na papierze.


Il. 5 Lunch stop



Il. 6 Map drawn by a shepherd




Time is running out, but not kilometers. Slowly begins to dusk, so we assume the camp over the river, behind the bridge, which probably remember the times of the ancient Romans and does not arouse too much trust in us.

Kilometrów wciąż nie ubywa, w przeciwieństwie do dnia. Pomału zaczyna zmierzchać, więc zakładamy obóz nad rzeką, zaraz za mostem, który pamięta prawdopodobnie jeszcze czasy starożytnych rzymian i nie wzbudza w nas zbytniego zaufania. 


Il. 7 Slow sunset in the mountains



Il. 8-9 Who has the courage to cross this bridge?









sobota, 23 sierpnia 2014

Two lakes view from the one summit

DAY 9: Macedonia/Albania
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures

Fast Breakfast and departure action behind us. We leave the mountains and go by main roads ahead  to the lake Prespa (il. 1-2), and further the scenic route through the National Park Galicica (entry fee), to the Albanian part of Lake Ohrid. Galicica is a mountain range separating the two biggest, mentioned earlier, lakes of Macedonia (lying partly within the boundaries of Albania). The highest peak is Magaro (2254 m  above sea level), but in area of Livada Pass (il. 3; 1568 m) you can see both lakes. Each lake is different. Lake Prespa welcomes with sandy beaches, greenfield coast and diversity of wild birds (including pelicans habitats). From above the Ohrid Lake looks like sea bay (il. 4), but more about this we'll tell later.

Za nami sprawnie przeprowadzona akcja śniadaniowa i wyjazd. Opuszczamy góry i kierujemy się głównymi drogami w stronę jeziora Prespańskiego (il. 1-2), a później malowniczą drogą przez Park Narodowy Galicica (płatny wjazd), na Albańską część jeziora Ochrydzkiego. Galicica to pasmo górskie oddzielające dwa największe, wspomniane wcześniej, jeziora Macedonii (leżące częściowo w granicach Albanii). Najwyższy szczyt to Magaro (2254 m n.p.m.), ale już z okolic przełęczy Livada (il. 3; 1.568 m n.p.m.) rozciąga się widok na oba jeziora. Jeziora wyraźnie się od siebie różnią. Jezioro Prespańskie wita piaszczystymi plażami, mniej zagospodarowanym brzegiem i różnorodnością dzikiego ptactwa (w tym siedliskami pelikanów). Z góry jezioro Ochrydzkie wygląda niczym morska zatoka (il. 4), ale nieco więcej na jego temat wyjawimy później.


Il. 1-2 Lake Prespa




Il. 3 Livada Pass



Il. 4-5 Lake Ohrid




We are going to Albania. Shortly after crossing the border, we find it is the least European of European countries (in terms of culture, which is quite understandable, after many years of isolation), in which we had the pleasure to be. Horn is a basic tool for the driver who would rather sparse observe the rules of the road. Sometimes you see someone who drives in wrong direction. The quality and quantity of roads leaves a lot to be desired...

Returning to the thread of Lake Ohrid: a crowd of people in the water (il. 5) or on the sun lounger frying their bodies. It prompts us to reflect that it will be hard not to find accommodation at the campsite. The beaches are stony and the water is shallow. Steam and standing in waist-deep water human figures, brings to our minds Roman baths. We ride along the shoreline past the tourist towns, which are teeming with life and sellers of very fresh (still alive) fish (il. 6). Finally, we choose camping with access to the lake (il. 7). Civilization! There is a bathroom, electricity, Wi-Fi and concrete pier with sun loungers available.

Wjeżdżamy do Albanii. Już zaraz po przekroczeniu granicy stwierdzamy, że jest to najmniej europejskie z europejskich państw (pod względem kulturowym, co jest raczej zrozumiałe po wielu latach izolacji), w których mieliśmy przyjemność być. Klakson to podstawowe narzędzie kierowcy, którzy raczej nielicznie przestrzegają przepisów drogowych. Czasem można dostrzec kogoś, kto niezrażony jedzie pod prąd. Jakość i ilość dróg pozostawia jeszcze wiele do życzenia... 

Wracając do jeziora Ochrydzkiego: tłum ludzi pławiących się przy brzegu jeziora (il. 5) i smażących swoje ciała na leżakach, skłania nas ku refleksji, że ciężko będzie znaleźć nocleg poza polem namiotowym. Plaże są kamieniste, a płycizna ciągnie się daleko w głąb jeziora. Parująca woda i stojące zanużone po pas postacie ludzkie, przywodzą na myśl termy rzymskie. Jedziemy wzdłuż linii brzegowej mijając turystyczne miasteczka, w których tętni życie i sprzedawców bardzo świeżych (bo wciąż żywych) ryb (il. 6). W końcu wybieramy kemping z dostępem do jeziora (il. 7). Cywilizacja! Jest łazienka, prąd, Wi-Fi i betonowe molo z leżakami do dyspozycji. 



Il. 6 



Il. 7



In the water the fish are doing a scrub to our calves. Aquatic snakes and crabs can be caught without much difficulty (il. 8-9). It promises to be a relaxing afternoon.

W wodzie rybki robią peeling naszym łydkom, a wodne węże i kraby dają się schwytać bez większych trudności (il. 8-9). Zapowiada się relaksujące popołudnie. 


Il. 8-9 Water monsters






piątek, 22 sierpnia 2014

The moonscape

DAY 8, PART 2/2: Macedonia
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures

Enchanting valley multitude of hills and rock formations stops us rom further driving. We decide to set up camp in this charming corner of the world (Il. 8-11). In the distance we see a cluster of cottages with red roofs (il. 11).

Zatrzymuje nas dopiero dolina zachwycająca mnogością wzniesień i formacji skalnych. Postanawiamy zatrzymać się na nocleg w tym urokliwym zakątku świata (il. 8-11). W dole rysuje się garstka domów z czerwonymi dachami (il. 11).


Il. 8-11 Fabulous landscape









We're going to walk to the village, which turns out to be still inhabited, but in large part turned into rubble. We pass abandoned stone houses and vehicles of the 50s, which slowly begins to absorbed by a mother nature (il. 15), "Zdravo!" - we wlcome shepherds returning to their homes. Our attention attracted lot of tobacco leaves drying under thatched roofs.

We return to the car and in the flattest place, namely: close to the edge of the precipice, in the dark, we set up our tents.

Wybieramy się na spacer do wioski, która okazuje się być zamieszkała, choć w sporej części przemieniona w gruzowisko. Opuszczone kamienne domy i pojazdy z lat 50-tych, które pomału pochłania matka natura (il. 15) "Zdravo!" - witamy się z pasterzami powracającymi do domów, a naszą uwagę przykuwają znaczne ilości tytoniu, suszącego się pod strzechami stodół. 

Wracamy do samochodu i już w ciemności rozbijamy namioty, w najbardziej płaskim miejscu tj. blisko krawędzi przepaści.


il. 12 Lonely wanderer



Il. 13 Talismans created to protect against the evil eye



Il. 14-15 In the village






Dormouse and Evil Eye

DAY 8, PART 1/2: Macedonia
Romania-Bulgaria-Greece-Macedonia-Albania-Montenegro with Aventura Maramures


First week of our trip behind us. We get up at 6:00 in fear of burning heat, which is promised by a dazzling bright sphere of the sun, wandering already above the line of the nearby summits. we keep on driving through the mountains. The national roads marked on the map present rather poorly. In conclusion: off-road, off-road and again off-road. We are moving at breakneck speed of 15-20 km / h. It is before noon, and the temperature has already begun to test our strength. We sweat out more water than we can drink. We pass many abandoned villages, in one of them we find a forgotten minaret (il. 1) and tree with a big hole, resembling the baobab tree (il. 2).

Minął pierwszy tydzień podróży. Wstajemy o 6:00 w obawie przed palącym żarem, który zapowiada oślepiająca jasna kula słońca, wędrująca już powyżej lini pobliskich szczytów. Ruszamy w dalszą drogę na przełaj przez góry. Drogi oznaczone na mapie jako krajowe prezentują się raczej mizernie. Podsumowując: off-road, off-road i jeszcze raz off-road. Mkniemy z zawrotną prędkością 15-20 km/h. Jest przed południem, a temperatura już zaczęła testować naszą wytrzymałość. Wypacamy więcej wody niż jesteśmy w stanie wypić. Mijamy wiele opuszczonych wiosek, w jednej odnajdujemy zapomniany minaret (il. 1) i dziurawe drzewo przywodzące na myśl baobab (il. 2).


il. 1 Minaret
il. 2 The very old tree






We eat lunch with feet in the stream (il. 3). Close to the riverbed W. discovers, in a metal tube, a hairy monster with big ears and eyes. Ladies and Gentlemen, who still doesn't know, let him find pleasure in knowing, because here in front of you: Dormouse! (il. 4: image is borrowed, because we hadn't been lucky enough to capture it on a photo). More about dormose at: http://en.wikipedia.org/wiki/Edible_dormouse


Drugie śniadanie spożywamy z nogami w potoku (il. 3), w pobliżu którego W. znajduje, kryjącą się w metalowej rurze, włochatą potworę z dużymi uszami i oczami. Panie i Panowie, kto jeszcze nie zna, niechaj odnajdzie przyjemność w poznaniu, bo oto przed Państwem: Popielica! (il. 4: zdjęcie zapożyczone, my nie mieliśmy dość szczęścia, aby ją uchwycić). Tutaj można o niej więcej poczytać: http://pl.wikipedia.org/wiki/Popielica


il. 3 Time for lunch


il. 4 Dormouse
Source: http://static.animalzoo.ro/



15:30 We stop to replenish water from a fountain surrounded by a swarm of bees. We don't have long to wait for their owner, who invites us to his house to regale us by a honey (il. 5-6). With his wife Cwieta, they talk about their children and grandchildren, bringing to try a variety of own production alcoholic drinks and fresh, chopped cucumbers and beets sprinkled with vinegar. Yummy! In retur we share with them Palinka prepared by our Romanian friends.

The beekeeper warns us against the hard way forward, but we bravely go further. Then suddenly... appears to our eyes a bit frightening view: fluffy, teddy bear, brutally nailed to a tree (il. 7). Have we found a place similar to the Island of Dolls (http://www.isladelasmunecas.com/)? We will find the explanation of this situation in Albania, where it's a common view. Soft toys are like talismans to protect people against the "evil eye" ("famous for keq" or "Syria and keq" - more on: http://en.wikipedia.org/wiki/Evil_eye).

15:30 Zatrzymujemy się uzupełnić zapasy wody u źródła otoczonego przez rój pszczół. Nie musimy długo czekać na ich właściciela, który zaprasza nas do swego domu, aby ugościć nas miodem (il. 5-6). Wraz z małżoną Cwietą, raczą nas opowieściami o swoich dzieciach i wnukach, częstując przy tym rozmaitymi trunkami własnej produkcji oraz świeżymi,posiekanymi ogórkami i burakami skropionymi octem. Pyszności!. Odwzajemniamy się palinką przyrządzoną przez naszych rumuńskich znajomych.

Gospodarze przestrzegają nas przed trudami dalszej drogi, lecz my niezłomni brniemy dalej przed siebie. Aż tu nagle... naszym oczom ukazuje się taki oto mało pokrzepiający widok: puchaty, pluszowy niedźwiadek, bestialsko przybity do drzewa (il. 7). Czyżbyśmy znaleźli się w miejscu podobnym do Wyspy Lalek (http://www.isladelasmunecas.com/)? Cała sytuacja wyjaśnia się dopiero w Albanii, gdzie powieszone niczym wiechy czy przybite do płotu pluszaki są częstym widokiem przy wiejskich domach. Są one niczym talizmany, które mają chronić mieszkańców, którzy wrócili do tradycyjnych albańskich wierzeń, przed "okiem zła" ("syni keq" lub "syri i keq" - więcej na: http://en.wikipedia.org/wiki/Evil_eye).


il. 5-6 Gościnnie



il. 7 Poor Teddy